Fragmenty

 

…Chwilę później sto metrów dalej, Warszawa, na ul. Moniuszki 2

 

Oficer przebiegł szybkim wzrokiem krótką notkę.

– Proszę tu poczekać – rozkazał i ruszył do saloniku, tłukąc szablą po podłodze.

W progu saloniku stuknął obcasami i zameldował:

– Łącznik z Poznania na wezwanie!

– Dawać go tu szybko! – przejęty Jęczkowiak usłyszał gromką komendę.

Osobliwy oficer z szablą machnął na niego ręką. Poznaniak ruszył rezolutnie przed siebie. Gdy wszedł do salonu, omiótł go szybkim spojrzeniem.

Piłsudskiego poznał natychmiast – po czarnym sumiastym wąsie. Komendant był w mundurze, siedział w głębokim fotelu, obok niego stali Styk i młody Rudnicki. Ten ostatni, z wąsem stylizowanym na Piłsudskiego, uśmiechnął się ukradkiem do Jęczkowiaka. A może nawet dla dodania otuchy mrugnął do niego okiem?

Jęczkowiak stanął na baczność i zasalutował. Przez głowę przeleciała mu myśl, że jeszcze miesiąc wcześniej razem z druhem Wierzejewskim klecili misternie akcję, która miała odbić Piłsudskiego z więzienia…

– Kanonier Józef Gabriel Jęczkowiak z pe-o-wu zaboru pruskiego melduje się na rozkaz! – wyrecytował jak z nut.

Dopiero teraz mógł spojrzeć na Piłsudskiego. Komendant miał szarą, przemęczoną twarz i zaczerwienione, podkrążone oczy. Znać po nich było męczącą podróż z Niemiec i trudy ostatnich dni. Nerwowo targał prawą dłonią koniec wąsa, uważnie wpatrując się w przybysza. Raz czy dwa zakaszlał, przyciskając lewą dłoń do piersi.

Pod ciężarem jego wzroku Jęczkowiak stracił nieco odwagi. Stał jednak w oczekiwaniu na rozkazy.

– Powiadają mi, że macie pod komendą już kilkuset chłopa – odezwał się Piłsudski.

– Melduję posłusznie, że ponad dwustu. Wszyscy zgrupowani w dziesiątkach, czekają na polecenia.

– Skąd nimi kierujecie?

– Z kwatery na Żurawiej, panie komendancie.

– Wszystko w ścisłej konspiracji?

– Tak jest!

Komendant podniósł się z fotela i stanął przed Jęczkowiakiem. Byli podobnego wzrostu, więc ich spojrzenia zbiegły się w jednej chwili. Spojrzenie Piłsudskiego było dogłębnie świdrujące, niemal bolesne. Młody łącznik z Poznania powstrzymał jednak pierwszy odruch i ani drgnął powieką.

– Zuchy-chłopaki! – pochwalił go Komendant. – Takich nam teraz trzeba! Właśnie takich!

Szybkim krokiem obszedł Jęczkowiaka dookoła, wpatrując się w niego jak w żołnierza, którego musi wysłać natychmiast na pole minowe.

– No dobrze – powiedział. – A czy tą waszą organizacją możecie wywołać rewolucję w całym garnizonie warszawskim?

Jęczkowiak poczuł, że drży mu policzek. Nie spodziewał się pytania sformułowanego tak wprost. I tak nagle. Takiego pytania!

– Czy… Czy pan Komendant mógłby mi wytłumaczyć, co należy rozumieć jako rewolucję? – zapytał przytomnie.

– A to ci chwat! – Piłsudski aż klasnął w dłonie, wyraźnie rozbawiony. – Takich lubię! Nie udaje, że czegoś nie wie albo nie rozumie, tylko dopyta przełożonego! A to dobre, to dobre…

Komendant znowu zrobił kilka kroków, tym razem tam i z powrotem, po czym zatrzymał się znowu przed poznaniakiem i położył dłoń na jego ramieniu.

– Musisz wiedzieć, przyjacielu, że cesarstwo niemieckie jest w tej chwili jak trup. Idzie do przodu siłą przyzwyczajenia, ale nie wie, że przed chwilą dostał kulę i już go nie ma – wyjaśnił powoli, cedząc słowa. – I widzisz, mój przyjacielu… My mamy misję humanitarną. Ty masz taką misję. Trzeba temu trupowi pomóc się przewrócić. Bo jak się przewróci, wtedy już na pewno nie wstanie…

***

PIERWSZE STRONY „CWANIAKÓW” MOŻECIE PRZECZYTAĆ TUTAJ

FRAGMENTÓW „CWANIAKÓW” MOŻECIE POSŁUCHAĆ NA STRONIE DWÓJKI POLSKIEGO RADIA

***

(…) Upał był nieznośny, dawał nam po karkach i niczym nieosłoniętych głowach. Już pierwszy rzut oka na okolicę nie dawał dużych nadziei na spotkanie potencjalnej informatorki. Na postoju nie było żadnego tira, najwyraźniej warunki pogodowe były przesadnie dobre i – paradoksalnie – nie sprzyjały świadczonej tu rekreacji.

Pokręciliśmy się zawiedzeni po pustej przestrzeni. Nigdzie nie zauważyłem zmęczonej życiem kobiety w wyzywająco czerwonej miniówce. Tirówka chyba zrozumiała, że tego dnia nie będzie ruchu w interesie. A więc z rozmowy nici…

– Nie ma jej – powiedziałem. – Zbierajmy się.

– Tak, to był chyba głupi pomysł – przyznał Marek i ruszył w stronę samochodu.

Wlokłem się za nim, szurając butami po żwirze. Czułem głód i wzbierającą złość. Może by tak zjeść obiad w Hubertusie?

– Hej, panie znajomy! – usłyszałem gdzieś z boku damski głos. – Szuka mnie pan? Dzisiaj okazja, duży rabat!

Marek też to usłyszał. Przystanęliśmy zaskoczeni, rozglądając się na boki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, skąd ona do nas mówi. Siedziała w cieniu drzew, skryta w przykurzonym fiacie panda. Zaparkowała sprytnie, schowana z jednej strony przed słońcem, z drugiej przed wzrokiem klientów zajazdu. Z tego miejsca miała doskonały widok na postój dla ciężarówek. Tyle że tym razem jej teren łowiecki był cichy jak nigdy.

Dałem Markowi znak, by poczekał przy samochodzie, a sam ruszyłem ku fiatowi. Tirówka wystawiła przez uchylone drzwi swoje długie nogi, łapiąc ostre słońce. Zupełnie nie wiem po co: od solarium były już niemal koloru hebanu. Na mój widok na jej mocno umalowanej twarzy pojawił się wulgarno-ironiczny uśmieszek.

– Już myślałam, że zabawimy się w trójkącik – zagadnęła.

– Może innym razem – zażartowałem, choć ona odebrała to całkiem serio.

– A co dzisiaj, panie detektywie? Szybko i ostro za dwieście? Czy może znowu smętne gadki za nędzne pół stówy?

– Miał być jakiś rabat – rzuciłem kąśliwie. – Chciałem pogadać. Mam ważny temat.

– To będzie bez rabatu, panie i władco.

***

Koszałka Opałka zobaczyłem raz jeszcze – następnego dnia wieczorem. A właściwie jego drogie adidasy. Rozpoznałem je na ekranie telewizora. Wystawały spod czarnej folii, którą funkcjonariusze w mundurach nakryli zwłoki, wsuwane pospiesznie do policyjnego wozu. Z wrażenia rozlałem jogurt, brudząc sprawdziany leżące na ławie przed moim tapczanem. A zaraz potem, nie zwracając uwagi na skutki tej katastrofy, sięgnąłem po pilota, by podnieść poziom głosu.

…Do morderstwa doszło wczoraj w godzinach popołudniowo-wieczornych w ustronnym, rekreacyjnym miejscu na obrzeżach Poznania. Według naszych ustaleń, ofierze zadano cios nożem w klatkę piersiową. Motywy zbrodni nie są na razie znane. Policja odmawia wszelkich komentarzy… – prezenter lokalnego programu informacyjnego wypowiadał słowo za słowem minorowym tonem.

W kilkusekundowej migawce pokazano miejsce znalezienia ciała: wygniecioną suchą trawę pod rachityczną sosną. I słupki z pniaków blokujące samochodom wjazd do lasu. Chwilę później na ekranie pojawiła się twarz rzecznika lokalnej policji. Wyglądał na zirytowanego pytaniami dziennikarzy o to, kim była ofiara napaści.

– A skąd pan wie, że to była napaść? – zjeżył się.

– Przecież sam nie zadał sobie takiej rany! – błysnął refleksem reporter TVP.

– Na obecnym etapie śledztwa nie udzielamy żadnych informacji – uciął nerwowy dialog policjant.

Zaraz potem nastąpiła zmiana tematu i prezenter serwisu informacyjnego zajął się zasadami wypłacania pieniędzy z rządowego programu „500 plus”.

Siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany. Uświadomiłem sobie, że wczoraj po południu byłem prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, który widział brodacza w wieku przedemerytalnym żywego. I dosłownie mnie zatkało.

Moja pierwsza myśl: to przecież mogłem być ja. Napastnik musiał się czaić gdzieś przy leśnej alejce. Być może nawet widział mnie, zanim zaatakował Koszałka. Mój Boże, jak absurdalny wydał mi się nagle ten pseudonim nadany ad hoc nieznajomemu!

Zaraz potem pomyślałem, że policja na pewno szuka świadków zdarzenia. A ja przecież coś widziałem. No właśnie, tylko co? I czy jestem pewien, że rzeczywiście mam śledczym do przekazania coś interesującego? A jeśli mnie wyśmieją? W końcu, mogę im co najwyżej opisać denata. Tyle że jego rysopis znają już aż za dobrze…

Nagle poczułem ciarki na plecach.

Dwójka biegaczy!

Przecież pobiegli za tym gburem!

A jeśli…

W jednej chwili zrozumiałem, że widziałem znacznie więcej, niż początkowo sądziłem. Widziałem, ale czy zobaczyłem?

Chwyciłem długopis, odsunąłem od siebie dwa pobrudzone jogurtem sprawdziany i odwróciłem kartkę trzeciego, czystego. Na gorąco zacząłem na niej spisywać wszystko to, co impulsywnie wyrzucał z siebie twardy dysk mojej pamięci. Wynotowałem kilkanaście punktów, poczynając od godziny, o której widziałem przyszłego denata, i jego zachowania, a kończąc na fizjonomiach dwójki biegaczy, podążających jego śladem. Takie zawodowe zboczenie, wyniesione ze studiów. Spis wyglądał wprawdzie jak chaotycznie sporządzona lista zakupów, ale nie dbałem o to. Liczyło się przecież to, co zapisałem.

Zerknąłem za okno. Ciemności kryły już ziemię, jak napisał niegdyś pewien polski pisarz. Był wprawdzie marzec, ale przed dziewiętnastą nawet on musiał uznać wyższość praw natury. Gdzie tu jest najbliższa komenda policji?

Gdy chwyciłem kluczyki, wiedziałem już, dokąd pojadę. W tyle głowy tliła się nadzieja, że może wniosę coś istotnego do śledztwa. W końcu coś zobaczyłem. Tylko co?

***

AUDIOBOOKI „KRYPTONIM POSEN”, „MECZ” I „RACHE ZNACZY ZEMSTA” – ZNAJDZIECIE TUTAJ

WIĘCEJ OPCJI (AUDIOBOOKI I EBOOKI) – TUTAJ

FRAGMENTY E-BOOKÓW:

Biegacz

Ściema

Poznaniacy przeciwko swastyce

Rache znaczy zemsta

Mecz

Kryptonim Posen

Fragmenty Arcymistrza

Fragment Juni