Blog

11.10.2019

Nie oswajajmy bezprawia

Chyba jeszcze nigdy nie szedłem na wybory w większej niepewności. Nawet wtedy, gdy 4 czerwca 1989 roku po raz pierwszy mogłem oddać głos, wszystko wydawało się o wiele bardziej klarowne. Byli oni – skompromitowani komuniści – i byli „nasi” – solidarnościowcy. I chyba wszyscy wokół mnie byli przekonani, że ci pierwsi przegrają – bo przegrać muszą. I że wreszcie coś zmieni się na lepsze.

30 lat później idę na wybory w strachu. W poczuciu, że trzeba, ale i w niepewności, jaki będzie ich wynik. Niektórzy ostrzegają, że mogą to być ostatnie wolne, demokratyczne wybory w Polsce. Patrząc na doświadczenia ostatnich czterech lat, trudno nie rozumieć tych obaw. Władzę sprawują bowiem populiści o jawnych ciągotach antydemokratycznych. Po zwycięstwie „S” w 1989 roku w życiu bym nie pomyślał, że 30 lat później najważniejsze zdobycze naszego kraju zostaną zagrożone. Tak, zagrożone – bo ustawiczne łamanie i naginanie konstytucji, w dodatku przez osoby, które powinny stać na straży praw w tym kraju, nie zapowiada nic dobrego. Najgorsze jednak wydaje mi się to, że przez ostatnie cztery lata wielu z nas przywykło już do tego, że „PiS tak ma”. Już nas to nie szokuje, nie dziwi. A przecież trzeba bić na alarm.

Oswojone bezprawie rządzących prędzej czy później przerodzi się w niesprawiedliwość. Lider PiS już zapowiada „piętnowanie” tych, którzy „pracują” dla „wrogów”. – Nowa polska elita władzy i, mam nadzieję, coraz większa część elity kulturalnej i innych elit już nie pracuje dla naszych wrogów. A ci, którzy pracują, są piętnowani. I będą, proszę państwa, piętnowani dalej – wyrwało się Kaczyńskiemu we wtorek podczas konwencji w Sosnowcu. Jego wypowiedzi z ostatnich dni wywołują dreszcze. W połączeniu z zapowiedziami dobrania się do skóry niezależnym mediom i ostatecznej rozprawy z wolnymi sądami nasuwają najgorsze skojarzenia.  Dla każdego rozsądnie myślącego wyborcy powinno być jasne, że ten człowiek – poza rozdawaniem publicznych pieniędzy – oferuje tylko postępującą brutalizację życia. A wspierany przez telewizję publiczną, która usłużnie przekroczyła wszelkie Rubikony przyzwoitości, niszczy podstawowe standardy życia społecznego: szacunek dla inaczej myślących, prawa mniejszości, wreszcie tak chętnie przez niego przywoływane wartości chrześcijańskie. Nie da się bowiem z nimi pogodzić systematycznego szczucia na bliźnich. A w tym Kaczyński i jego propagandyści osiągnęli niechlubne mistrzostwo.

Czy rządzący krajem – wbrew sondażom – mogą przegrać? Mam nadzieję, że wbrew modłom większości hierarchów, Opatrzność zlituje się nad nami. Ale musimy jej pomóc. Pójść i zagłosować. Od czwartku nadzieję na lepsze jutro czerpię z literackiego Nobla dla Olgi Tokarczuk. Pokazuje on bowiem, że cywilizowany świat zna Polskę nie tylko od tej oficjalnej, gorszej strony – że docenia również to, co nasz kraj realnie daje innym najlepszego. Nie jesteśmy skazani wyłącznie na gorsze jutro. Pokażmy to w niedzielę przy urnach.

23.09.2019

Takie słowa

Zachęcony przez rodzinę, wybrałem się wczoraj na rekolekcje, prowadzone przez dominikanina, o. Adama Szustaka. Właściwie na ostatnią jego naukę. Chciałem posłuchać i zrozumieć, skąd się wziął fenomen ponad pół miliona polubień jego kanału na YouTube. I jak on to robi.

Poewangelicki kościół Zbawiciela przy Fredry pękał w szwach już pół godziny przed mszą, która poprzedziła naukę dominikanina. Przeważali ludzie 20+, najwięcej było młodych w wieku studenckim. Nic dziwnego – to oni słuchają codziennie nowych relacji o. Szustaka na YouTube. Dlaczego akurat jego? Odpowiedź na to pytanie znalazłem bardzo szybko. Właściwie – dostałem ją jak na tacy.

Szustak oparł swoją naukę na przekazie Jana Ewangelisty o cudzie w Kanie Galilejskiej. Potrafił pokazać drugie i trzecie dno tej historii w sposób zrozumiały dla każdego. Złożone kwestie teologiczne nakreślił za pomocą kilku anegdot i żartów, odwołując się wprost do życia współczesnych ludzi. Nie było drętwoty języka i myśli, było żywe i często błyskotliwe słowo. I humor, prosty, ale urzekający. Przykład? Dowcip taki jak ten:

Po weselu w Kanie (u Żydów trwa 7 dni) uczestnicy budzą się z ciężkim bólem głowy. – Och, jakbym napił się wody! – mówi jeden z nich. – Poślijmy kogoś do studni – proponuje drugi . – Tylko nie Jezusa! – błaga trzeci.

Szustak ma niebywały dar nawiązywania relacji z ludźmi. Nic go nie peszy, nie ma żadnej „zawiechy”. Młodzi by powiedzieli: nawija jak natchniony. I coś w tym jest. Ale nawija treściwie, buduje w odbiorcach wyobrażenie tego, czym powinna być ich wiara za pomocą prostych, acz efektownych wyobrażeń. Jak zaczerpnięta od o. Badeniego z Krakowa imaginacja czyśćca, w którym spotkamy się w ciasnym pokoiku z wszystkimi tymi, których za życia zraniliśmy. 

I jeszcze jedno: to nie był wykład ex cathedra. Gdy słucha się o. Adama Szustaka, jest on jednym z nas. Nie poucza z ambony, na kogo głosować. Nikogo nie wyklucza, nie stygmatyzuje. Potrafi dostrzec lexusa jednego z biskupów (w zestawieniu z autobusem, którym podróżuje papież Franciszek). I potrafi przyznać, że Kościół nie jest bez winy. Że owszem, reguł i zasad naucza wiele, ale „tak mało w nim miłości”. Czyli tego, co powinno być esencją tej wiary.

Takie słowa budują zaufanie i wiarygodność. Takich słów nie usłyszymy zwykle z ust naszych proboszczów. Takie słowa  trafiają do młodych, wyjątkowo wyczulonych na fałsz i pozę.  I takie właśnie słowa  powodują, że o. Szustak nie może się opędzić od słuchaczy. 

18.09.2019

Granda – pierwszy werbunek

W piątek rusza w Poznaniu piąta już edycja festiwalu kryminału Granda. Kiedy z radością obserwuję, jak event ten, tak w Poznaniu pożądany, zmienia to miasto i jego czytelników, mogę się pochwalić, że byłem przy narodzinach tej wielce szanowanej dziś imprezy. Dołożyłem też do jej rozwoju swoją małą cegiełkę. I wcale nie była to cegła – książka.

Ale po kolei… Pamiętam zaproszenie Grandziarek do ich ówczesnego biura przy ul. Bukowskiej. Była wczesna wiosna 2015 roku. Poszedłem mocno stremowany, w końcu zaproszenie w tak poważnej, a jednocześnie tajemniczej sprawie było dla mnie wielką nobilitacją. Przyjęły mnie we trzy – Marita, Agata i Magda – i od razu wyjawiły sekret: w Poznaniu powstanie impreza zbudowana wokół powieści kryminalnych. I ich autorów. Nasze Panie zdrowo pozazdrościły Wrocławiowi i uznały, że Poznań gorszy być nie może! A ja – średnio znany autor – otrzymałem zaszczytny angaż: propozycję napisania gry miejskiej, która otworzy imprezę, planowaną wówczas w zamkniętym już dla podróżnych holu starego Dworca Głównego PKP.

Zgodziłem się nie bez wahań. I przyznaję dziś szczerze: niewiele już z tej gry pamiętam. Ale nie ukrywam, że poczułem dumę, gdy w kilkanaście sekund po inauguracji festiwalu w zimnym (nieogrzewanym) holu dworca, oczom widzów ukazała się leżąca na scenie ofiara zbrodni, a wokół niej zaczęli się uwijać gorączkowo członkowie policyjnej ekipy. Akcja ruszyła – uczestnicy gry poszli w miasto. Klimat chwycił – i był z nami do końca imprezy. Tak samo zresztą, jak genialny motyw muzyczny, towarzyszący  Grandzie do dziś.

A potem festiwal przeniósł się do pawilonu Nowej Gazowni na Ewangelickiej – gdzie było zdecydowanie cieplej, by nie powiedzieć goręcej – i rósł z każdym rokiem, sprowadzając do Poznania gwiazdy polskiej i zagranicznej literatury kryminalnej. A także organizując masę towarzyszących „głównemu nurtowi” wydarzeń – np. Stacje Sensacje, czy  wykłady kryminalistycznych fachowców. Dziś – organizowany po raz pierwszy w Domu Studenta Hanka – wydaje się już być stałą pozycją na „kryminalnej mapie Polski”. Autorzy o Grandzie pamiętają i cenią sobie jej swobodną i inspirującą atmosferę. A także efektowne gale premier (wiem co piszę, w jednej z nich uczestniczyłem).

Dziękuję Ci, Grando, również za coś bardzo osobistego. Jak nikt inny dałaś mi okazję zaprezentować moją skromną twórczość na szerszym niż tylko lokalnym gruncie. I bardzo pomogłaś. Dzięki Tobie poznałem – i poznaję – wielu fantastycznych ludzi. Rozmowy z nimi są jak nagłe przebłyski literackich pomysłów. I o to chyba chodzi. 😉  

11.09.2019

Arcykapłan

Absurdy rządzącej nami partii i jej lidera sięgają poziomów dotychczas w Polsce – przynajmniej tej wolnej – nie notowanych. Przed chwilą partia o jakże przewrotnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość usankcjonowała bezprawie w postaci grupy hejterskiej, zlokalizowanej pod bokiem (a może patronatem?) samego Zbigniewa Ziobro; w dodatku w Ministerstwie Sprawiedliwości. Posłowie większości odrzucili wniosek o wotum nieufności dla Ziobry. W każdym normalnym, demokratycznym kraju minister – TEN minister – dawno poleciałby już ze stanowiska. Ponosi wszak odpowiedzialność za czyny swoich podwładnych. W dodatku są poszlaki wskazujące, że o wszystkim wiedział (Piebiak: „Szef się ucieszy”). W każdym demokratycznym kraju… Sęk w tym, że Polska od demokracji odchodzi.

Do afery i aferek, które toczą obóz rządzący i w żaden sposób nie obniżają słupków poparcia dla PiS, zdążyliśmy się przez ostatnie cztery lata przyzwyczaić. Mnie wkurzyło niedawno co innego. W ostatnich dniach prezes tej partii objawił się nam bowiem w zupełnie nowej, by nie powiedzieć – bulwersującej – roli. Otóż podczas konwentu wyborczego swojej partii w Lublinie zaczął nas bez zażenowania pouczać z mównicy, czym jest prawdziwa rodzina. „Jeden mężczyzna, jednak kobieta. I dzieci!” – zawyrokował ten, który nigdy w związku małżeńskim nie był, a o wychowaniu dzieci ma pojęcie tak blade, jak jego wypacykowane w telewizji oblicze.

Zaraz potem zaczął prawić, że w Polsce liczy się tylko Kościół. Katolicki, rzecz jasna. A wszystko inne to „nihilizm”. Jakby nagle prezes Kaczyński stał się równocześnie biskupem czy arcykapłanem jakiegoś polskiego kościoła narodowego.

Rozumiem, że w obliczu wyborów Kaczyński stara się, jak może, by przypodobać się hierarchom, ale styl, w jakim to robi, jest żenujący. Kto mu dał prawo do oceny życia innych? Czy ktoś, kto żyje samotnie, jest gorszy od tego, kto żyje w związku? Czy dwie osoby tej samej płci żyjące razem to od razu „nihiliści”? I jak jego światłe wskazania mają się do praktyki życia jego najbliższych – w rodzinie i w partii?

W Lublinie objawił nam się arcykapłan nowej, wyborczej tym razem religii. Arcykapłan do bólu cyniczny, prowadzący ten kraj do jakiejś smutnej monodyktatury: politycznej i wyznaniowej. Choć sam jestem człowiekiem wierzącym, nie życzę sobie tak ordynarnej, prostackiej wykładni mojej wiary z ust człowieka kupującego głosy. Jego przesłanie jest bowiem wykluczające, a więc antychrześcijańskie.

20.08.2019

Nie wsadzają. A powinni

Za czynienie dobra nie wsadzamy – napisał wiceminister Łukasz Piebiak do zaangażowanej w „dobrą zmianę” hejterki, opluwającej w sieci broniących swojej niezależności sędziów z wykorzystaniem prywatnych danych tychże. Pochwalił ją w ten sposób za pracowitość i pomysłowość w akcji oczerniania tych, którzy sprzeciwiają się kolejnej deformie – tym razem w sądownictwie. Najważniejsze jednak wydają się jego wzmianki o tajemniczym „Szefie”. To pewnie za nie Piebiak stracił stanowisko.

Gdzie my właściwie żyjemy? – zastanawiam się praktycznie co tydzień, gdy na wierzch wypływają kolejne popisy partii rządzącej. Buta, bezczelność, a przy tym wprost proporcjonalna głupota i ignorancja – to znaki firmowe działaczy PiS. Od wczoraj, gdy Onet ujawnił, jak wysoki urzędnik państwowy odpowiadający za „sprawiedliwość” hodował farmę trolli, zaciekle zwalczających przeciwników wątpliwych reform PiS w sądownictwie, wydaje się, że nie ma już rzeczy, której ta ekipa nie mogłaby nam zafundować. W całej tej historii – żenującej dla każdego posiadającego poczucie przyzwoitości człowieka – najciekawsze wydają mi się wszakże wzmianki Piebiaka o „Szefie”, przed którym chwalił się sukcesami skaptowanej do walki z opozycją hejterki. „Szef się ucieszy”, „Pochwalę się przed Szefem” (zawsze pisanym z dużej litery) – zapowiadał Piebiak. „Szef” w tym przypadku brzmi zupełnie jak „capo di tutti capi”. Bo i klimaty, i styl działania podobne. Coraz bardziej przypominamy autorytarną Rosję, odjeżdżając od Europy.

Oczywiście wszyscy wiemy, do kogo biegał po pochwały wiceminister Piebiak. I dlaczego już wiceministrem nie jest. Przed wyborami nie ma „zmiłuj się”. A dymisja zastępcy Zbigniewa Ziobry to najniższa z możliwych kar i konsekwencji. Nie zakończy jednak sprawy, jak chciałby premier Morawiecki. Nad rządem pojawił się bowiem cień „Szefa”, w dodatku – zdaje się – skonfliktowanego od zawsze z premierem. Czy Morawiecki wreszcie wykorzysta okazję, by pozbyć się Ziobry?

Wątpliwe. Wybory za pasem, lepiej przełknąć tę żabę i robić dobrą minę do złej gry. Suweren za chwilę zapomni, jak zapomniał dziesiątki innych afer. Istnieje zresztą podejrzenie, że „takie sprawy” niespecjalnie go zajmują. W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko jedno: grunt, że pamięta o 500 plus.

10.08.2019

Brawo?!

Przerażająca była ta klakiernia wokół odchodzącego marszałka. Ten aplauz, burza oklasków i gromkie okrzyki: „Brawo!” Koledzy Marka Kuchcińskiego zgotowali mu owację na stojąco, jakby – nie przymierzając – właśnie wrócił ze zwycięskiego meczu (z opozycją). Tyle że on ten mecz haniebnie przerżnął. A wraz z nim powaga tego urzędu.

To, w jaki sposób partia rządząca pożegnała swojego skompromitowanego członka, pokazuje tak naprawdę, jaki ma stosunek do spraw, które Kuchciński swoim postępowaniem przez ostatnie cztery lata utożsamiał. Bo nie ulega wątpliwości, że był on najgorszym marszałkiem wolnej Polski. Marszałkiem, który zamykał usta opozycji (choć powinien być neutralny), który uciekał przed dziennikarzami i utrudniał im życie, a opinii publicznej dotarcie do informacji. Marszałkiem, który schował się za teatralną kotarą, byle tylko uciec fotografom; który niemal nic nie potrafił powiedzieć od siebie – zwykle dukał to, co miał (co mu?) napisano na kartce. W tym samym stylu zresztą odszedł – czytając z kartki.

To Kuchciński odebrał głos posłowi opozycji za niewinny zwrot „Kochany panie marszałku…”. To on firmował sławetne przeniesienie obrad do Sali Kolumnowej, gdzie posłowie PiS (bo reszty Sejmu nie wpuszczono) uchwalili, co chcieli, a Kuchciński specjalnie się nawet nie przejął, czy ma kworum. Był w końcu marszałkiem, który ogrodził Sejm metalowymi barierkami, dla którego słowo szefa jego partii było najświętsze. I który wprowadził kłamstwo do rutynowego działania swojej kancelarii, babrając nim także współpracowników. Marszałkiem, za którego kadencji nagle zaczęły ginąć arcyważne dokumenty (na marginesie – PiS może teraz atakować Tuska tylko dlatego, że dokumenty dotyczące lotów z czasów jego premierowania jakoś nie zginęły). Na koniec – był Kuchciński marszałkiem, który (jak wieść niesie) do końca nie chciał ustąpić z funkcji po kompromitacji z rodzinnymi lotami za państwowe pieniądze. I jako taki – akademicki przykład marszałka bezwolnego i miernego – przejdzie do historii.

Jeśli ktoś taki – i takie jego zachowania – jest fetowany przez partyjnych towarzyszy, to znaczy, że wszyscy oni myślą podobnie o tych sprawach. A to oznacza, że rządzi nami partia antydemokratyczna, zakompleksiona, prostacka i po ludzku złośliwa. Partia, która ciągnie ten kraj w dół. Fakt, że ta cała burza oklasków dla Kuchcińskiego była szopką, przedstawieniem dla swojego mało dociekliwego elektoratu, nic nie zmienia. Żyjemy w kraju, w którym rządzący nie mają poczucia wstydu – dla władzy są w stanie udawać, że zwykły cwaniak i manipulant to wzór uczciwości i skromności.

„Zasłużona” polityczna emerytura marszałka Kuchcińskiego nie kończy jednak postępującego gnicia – skutkuje bowiem kolejną złą wiadomością. Zastępująca zalatanego polityka Elżbieta Witek zwolniła bowiem miejsce w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych – a tam prezes Kaczyński namaścił… Mariusza Kamińskiego. To tak, jakby do kurnika wpuścić lisa. Kamiński został bowiem skazany za nadużywanie władzy jako szef służb za poprzednich rządów PiS. Uratował go – zresztą z nagięciem prawa (bo nie można ułaskawić kogoś skazanego jeszcze nieprawomocnie) – prezydent Duda. Na dwa miesiące przed wyborami Kamiński zostaje ministrem, który ma odpowiadać za spokój i porządek w kraju w trakcie kampanii wyborczej i samej elekcji. Jak myślicie, Szanowni Państwo, czy człowiek z takim bagażem oprze się teraz heroicznie tak zwielokrotnionej pokusie?

Zaczynam wierzyć, że upadek Kuchcińskiego stał się nagle Kaczyńskiemu bardzo na rękę. Właściwie jestem co do tego przekonany.

6.08.2019

Kwestia k(l)asy

No i co, łyso wam? Marszałek przeprosił i wpłacił niezłą sumkę na cele charytatywne – grzmią miłośnicy partii rządzącej. A usłużne rządowe media rozdmuchują ten fakt do niebotycznych rozmiarów. Może i wszystko rzeczywiście byłoby OK, gdyby nie kilka faktów, które powodują, że jestem zniesmaczony.

Po pierwsze: marszałek Kuchciński zastanawiał się nad tym rozwiązaniem żenująco długo. Jakby chciał za wszelką cenę pokazać: nie będą mi wraże media dyktowały, co mam robić. Właściwie mam przekonanie graniczące z pewnością, że gdyby nie irytacja prezesa PiS, wyrażona słowami towarzyszy partyjnych Kuchcińskiego (vide Joachim Brudziński), marszałek nie przeprosiłby do dzisiaj. Po drugie: zrobił to w stylu, który żenuje. W trybie warunkowym: „jeżeli ktoś poczuł się urażony…” Nie tak załatwia się takie sprawy. A z pewnością nie takich przeprosin oczekiwalibyśmy od – formalnie – drugiej osoby w państwie.

Po trzecie: marszałek wpłacił tytułem zadośćuczynienia w sumie 43 tysiące zł na Caritas i Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. To ładnie z jego strony, ale nie rozumiem, dlaczego nie oddał tej kwoty wprost do budżetu państwa. To przecież budżet państwa (Kancelaria Sejmu) poniósł stratę z tytułu jego prywatnych i rodzinnych lotów (nikt zdrowy na umyśle nie uwierzy, że wyskok na narty był oficjalną wizytą tego męża stanu, podobnie jak udział w otwarciu centrum badmingtona, choćby i najnowocześniejszego). Wobec 4 mln, na ile szacowany jest koszt tych lotów i związanych z nim procedur HEAD, kwota rekompensaty wydaje się mniej niż symboliczna (1,1 procent kosztów). Można powiedzieć, że marszałek nie oberwał przesadnie po kieszeni.

Po czwarte wreszcie, i chyba najważniejsze: ilość ujawnionych i dość bezczelnych kłamstw, jakimi raczył marszałek i jego kancelaria media, a więc opinię publiczną, w sprawie lotów (np. ilości lotów rodziny czy z rodziną, których rzekomo nie było wcale, czy lotu żony marszałka) w cywilizowanym kraju dawno już byłaby gwoździem do politycznej trumny Kuchcińskiego. Sęk w tym, że w państwie „dobrej (pardon, dojnej) zmiany” poczucie wstydu i przyzwoitości w elitach rządzących właściwie nie występuje. O honorze nie wspominając.

„Może Pan napisze o Tusku, który wylatał 6 mln złotych?” – zaczepił mnie na facebooku zwolennik PiS. I przypomniał częste loty marszałka Senatu Bogdana Borusewicza z Warszawy do Gdańska, by „wyprowadzić psa”. Więc przypominam. Tyle że jednocześnie skromnie zauważam: PiS wygrał wybory w 2015 roku m.in. dlatego, że obiecywał nowe standardy. „Dość arogancji władzy!” –  krzyczała Beata Szydło. I jakoś jednak nie dość. PiS rządzi cztery lata, a standardy te same. A nawet gorsze. Za PO i PSL nikt nie niszczył dokumentacji lotów najważniejszych osób w państwie. A za PiS się zdarzyło.

A w ogóle męczy mnie już to chroniczne odwoływanie się do dawnych, prawdziwych i urojonych przewin poprzedniej ekipy. Od czterech lat to PiS rządzi tym krajem. I to jemu wszyscy patrzymy i mamy obowiązek patrzeć na ręce. Hasło „wina Tuska” wywołuje już tylko szyderczy śmiech. Już nie pokrywa arogancji i przewin obecnej władzy.

4.08.2019

Niskie loty

Długo wstrzymywałem się z komentowaniem sprawy lotów marszałka Marka Kuchcińskiego do domu i swojego okręgu wyborczego wypasionym rządowym Golfstreamem, zakupionym przez ministra PiS za grube pieniądze. Rzeczywistość wyprzedza jednak nawet najśmielsze przypuszczenia. Oto „Rzeczpospolita” ujawnia, że posłowie opozycji otrzymali wprawdzie dokumenty ze 109 ostatnich lotów Kuchcińskiego od marca 2018 r. do dziś, ale okazuje się, że dokumentacja lotów marszałka z poprzednich 2,5 roku została… zniszczona.

W zasadzie nie powinno to już nikogo zdziwić, skoro w śledztwie o wypadek drogowy z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło „uszkodzeniu” uległ koronny dowód – płyta z nagraniem z monitoringu. A jawne listy poparcia dla kandydatów do nowej KRS – standard w demokratycznym państwie – okazują się ściśle tajne. Jest jednak pewna granica, której nie można przekraczać. I mam nadzieję, że dojrzy ją nawet część elektoratu partii rządzącej. Ta bardziej samokrytyczna, ma się rozumieć. O ile taka w tej partii jest.

Joachim Brudziński coś tam wystękał, że marszałek powinien przeprosić. Ale, na Boga, to wystarczy? Pomijam, że Kuchcińskiego nie stać nawet na tyle. Ale czy za loty rodzinne i prywatne (np. na narty) za co najmniej 2,5 mln zł z kieszeni podatników przedstawiciel partii, która zapowiadała ustami Szydło „koniec z arogancją władzy”, a ustami samego Kaczyńskiego, że „teraz będzie skromniej”, nie powinien już dawno – nomen omen – polecieć ze stanowiska? W partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość nie jest to jednak, jak widać, takie oczywiste. Wyborco, pamiętaj 13 października o skromności drugiego urzędnika w państwie. O jego zalatanej osobie. O jego niskich, żenująco niskich lotach. I powiedz nad urną jemu i jego pobratymcom „Wylot!”

3.08.2019

Wymsknęła się prawda

Dziś na wiejskim pikniku partii rządzącej, zorganizowanym pod jakże znamiennym hasłem „Dobry czas dla Polski” w Dygowie (Zachodniopomorskie) padły słowa, które jak żadne inne dotąd ujawniły prawdziwe zamiary Jarosława Kaczyńskiego. Zdemaskowało go jedno, niby przypadkiem dorzucone słowo.

Wódz PiS musi się czuć wyjątkowo silny, skoro pozwolił sobie na taką chwilę szczerości. Chwilę, która w oczach wyborców może go sporo kosztować. Otóż Kaczyński, dywagując nad tym, co po wyborach, stwierdził m.in.: „Jeszcze nie teraz, może jeszcze nie po tych wyborach, ale przyjdzie taki czas, że zmienimy konstytucję na taką, która będzie gwarantować prawdziwą demokrację, praworządność i równość”. I dodał to jedno, jakże kluczowe słowo: że ta nowa konstytucja będzie „potrzebna”!

Kiedy słyszę hasło „prawdziwa demokracja, praworządność i równość” w ustach tego, który właśnie dzięki tej obecnej, „nieprawdziwej” w takim razie demokracji i praworządności wygrał wybory i rządzi krajem od czterech lat z tylnego siedzenia, to ciarki przechodzą mi po plecach. Pamiętam bowiem jeszcze PRL i lekcje w szkole, na których usilnie przekonywano nas, że „prawdziwa demokracja” to nie ta praktykowana na Zachodzie, ale ta hołdująca „socjalistycznej praworządności i równości”. Brzmi cholernie znajomo, prawda?

Ale największe dreszcze wywołało we mnie to jedno, jedyne słowo, dorzucone przez Kaczyńskiego: „potrzebna”. Bo cóż ono oznacza? Ano tylko tyle, że w takim razie obecna konstytucja jest według szefa PiS „niepotrzebna”. Tak odczyta tę sugestię każdy średnio nawet rozgarnięty człowiek. A dlaczego obecna konstytucja jest Kaczyńskiemu i PiS „niepotrzebna”? Bo utrudnia im rządzenie, utrudnia im przejęcie pełni władzy. Bo na obecnie obowiązującą polską konstytucję co rusz powołują się ci, którzy bronią porządku prawnego w kraju, a co gorsza – odwołuje się do jej zapisów także ta „wredna” Unia Europejska. A to strasznie komplikuje prawym (!) i sprawiedliwym (!) dokończenie przewrotu w polskim prawie i uczynienie z Polski znowu rządzonej przez monopartię satrapii.

Po doświadczeniach czterech lat „dojnej zmiany” aż strach pomyśleć, do czego zatem będzie „potrzebna” jej głosicielom nowa konstytucja. Jedno wszakże wydaje się pewne już dziś: będzie ona służyć władzy, nie obywatelowi.

Na szczęście Kaczyński asekurował się, że uraczy nas nową, potrzebną konstytucją „może jeszcze nie po tych wyborach”. Być może znaczy to, że ostatnie afery ludzi władzy, w tym kompletny odlot marszałka Kuchcińskiego, rozmiłowanego w Bizancjum z kieszeni podatnika, popsuły jednak wyniki zleconych przez PIS sondaży, oddalając partię władzy od większości konstytucyjnej. Kaczyński musi być jednak diabelnie pewny wygranej, skoro wypowiada rzeczy takie, jak wyżej. Przypomnę zatem moje ulubione powiedzenie: pycha zawsze kroczy przed upadkiem.

1.08.2019

Pamiętać, nie świętować

Nie sposób nie wspomnieć dzisiaj o 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Był to ostatni zryw niepodległej Polski. Tej niepogodzonej z Teheranem, ze zdradą zachodnich sojuszników i przeczuwającej Jałtę. Był to zryw beznadziejny, rozpaczliwy. Wydający rozkaz do ataku łudzili się, że odwrócą jeszcze kartę historii. Te złudzenia kosztowały stolicę fizyczną anihilację, a dla co najmniej 150 tys. jej mieszańców – oznaczały wyrok śmierci.

Dziś na facebooku prof. Antoni Dudek  zamieścił wymowne zdjęcie, przedstawiające kapitulację dowódcy powstania, gen. Bora-Komorowskiego. Na jego szarej, umęczonej twarzy maluje się niesmak i zażenowanie, musi bowiem uścisnąć dłoń gen. Bach-Zelewskiemu z SS, mordercy i katowi Warszawy. A także szok – bo już wie, że powstanie zakończyło się katastrofą. Nie tylko dla miasta i jego mieszkańców – także dla całej polskiej sprawy. Żaden z celów zrywu nie został osiągnięty. Armia Krajowa nie przywitała Armii Czerwonej jako gospodarz. W ruinach Warszawy zostały zwłoki tych, którzy mieli w przyszłości powstrzymać sowietyzację kraju.

Przemawia do mnie argumentacja profesora, gdy pisze: „W 75. rocznicę naszej największej narodowej klęski w minionym stuleciu trzeba przede wszystkim pamiętać o jej ofiarach. W szczególności o najliczniejszych ofiarach wśród ludności cywilnej. Dopiero później powinno się oddawać hołd powstańcom. Czyniąc zaś to ostatnie należy zachować umiar, bo słuchając niektórych apologetów powstania odnosi się wrażenie, że uznają je oni za zwycięskie. Oczywiście w wymiarze moralnym”. Aby uzmysłowić, jak takie zwycięstwo wyglądało w praktyce, dodał wspomniane wyżej zdjęcie.

Dyskusja, czy powstanie mogło nie wybuchnąć, wydaje mi się jednak ahistoryczna. Wtedy, w realiach lata 1944 roku, kiedy mieszkańcy Warszawy niemal codziennie widzieli wycofujące się na zachód, rozbite oddziały niemieckie, atmosfera powszechnego oczekiwania na rewanż na znienawidzonym okupancie była czymś, od czego w żaden sposób nie wolno abstrahować. A jednak gen. Władysław Anders był bezlitosny dla tych, którzy rzucili rozkaz o godzinie W. Anders oddał hołd bohaterstwu powstańczych żołnierzy, ale samą decyzję o walce nazwał zbrodnią – i chciał jej autorów postawić przed sądem wojennym. Nie można bowiem świętować zbiorowego samobójstwa.

Słowa Andersa trzeba powtarzać tym wszystkim, którzy od kilku dni znowu podbijają bębenek, licytując się w uznawaniu zasług i bohaterstwa powstańców. Bo w powstaniu – po pierwszych dniach euforii – przyszły dni straszne, znaczone coraz liczniejszymi ofiarami i męczeństwem ludności cywilnej. Mieszkańcy Warszawy pluli na powstańców, przemykających się piwnicami w drugiej, katastrofalnej dla miasta i całej sprawy fazie walki. Na wchodzące na Stare Miasto oddziały „Radosława” spadały doniczki, rzucane przez warszawiaków. Od euforii do poczucia winy droga była niedaleka. I zapewne cholernie gorzka.

Nasza obecna władza lubi pokazywać się z ostatnimi powstańcami. Prawić o ich bohaterstwie i sensie ich ówczesnej walki. Wręcza im ordery, ale ich nie słucha, gdy przestrzegają przed odradzającą się zmorą nacjonalizmu. I przed szczuciem na ludzi, którzy myślą inaczej. Potrafi za to składać kwiaty na pomnikach jednostek, które splamiły się kolaboracją z Niemcami – jak choćby premier Morawiecki w miejscu pamięci Brygady Świętokrzyskiej NSZ (niebawem uczci ich również patronatem prezydent Duda). Brygada Świętokrzyska NSZ zamiast współpracy z AK wybrała bowiem u schyłku wojny współdziałanie z Wehrmachtem.

To zaskakujące, że nasi państwowi liderzy nie dostrzegają tej zasadniczej sprzeczności. A może jest wręcz przeciwnie – wcale im ona nie przeszkadza. Jest przecież elementem budowania nowej narracji historycznej przez państwo narodowych populistów. Skoro można postawić na głowie historię ostatnich 30 lat wolnej Polski, skoro można niemal codziennie mieszać z błotem i poniżać jej bohaterów, dlaczego nie napluć w twarz ludziom, którzy w godzinie W. walczyli o coś, co nadeszło dopiero w 1989 roku?

31.07.2019

Czuję taką potrzebę

Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Zbyt wiele ważnych rzeczy dzieje się wokół nas, by milczeć. Czasy są szczególne. Wiele już widziałem, byłem świadkiem kolosalnej przemiany tego kraju z komunistycznej beznadziei w podnoszącego się z kolan olbrzyma. Jeśli kiedyś wstawaliśmy z kolan, to właśnie wtedy – w mozolnym odzyskiwaniu dumy w pierwszych latach III RP. Nie teraz. Teraz, z własnej woli, z wygody, głupoty i oportunizmu, wielu ciągnie ten kraj znowu w dół. Znowu na kolana. Dlatego trzeba to komentować. Pokazywać, kto życzy nam dobrze, a kto źle – choć stroi się w szaty zbawiciela.

Trzeba o tym trąbić, póki nie jest za późno. Wbrew letniej beztrosce za oknem nie jest bowiem wcale tak spokojnie i optymistycznie, jak nas zapewniają w jedynie słusznym okienku za pieniądze podatników. Pamiętam doskonale „Dziennik Telewizyjny” z czasów komuny – i widzę, że obecny serwis władzy przebija tamtych manipulatorów o klasę. Niestety. Jako dziennikarz miałem jeszcze niedawno proces z byłym szefem poznańskiej telewizji, bo opisałem informacyjne nadużycia ekipy, która zarządzała TVP za czasów rządów SLD. To smutne, ale ówczesne manipulacje lewicy były w porównaniu z obecną telewizją populistów ledwie niesmaczną przystawką.

Najgorsze jednak wydaje mi się to, że miliony moich rodaków bezrefleksyjnie kupują tę informacyjną tandetę, a może raczej – tę spaczoną wizję rzeczywistości, która hołduje filozofii najniższych instynktów: zawiści i nienawiści do wszystkich, którzy nie podzielają entuzjazmu Wodza. Wielu moim rodakom wystarcza, że populiści rozdają pieniądze – bo „może i kradną, ale się dzielą”.

Boże, jak nisko upadł ten kraj, skoro tak brzmi rozstrzygający argument…

PS. Choć będzie tu sporo o polityce (przez wiele lat byłem wszak dziennikarzem), nie zabraknie tu również historii, literatury i wielu innych ludzkich spraw i tematów, którymi wszyscy żyjemy. Zapraszam!